I. Podziękowanie
Już w pierwszym roku swego kapłaństwa (w r. 1911), będąc wikariuszem w Poniewieżu na Litwie, poczułem dotkliwe dolegliwości w związku z zachorzeniami w organach trawienia. Nieraz po tym miewałem bolesne ataki, aż wreszcie doszło do takich komplikacji, że doktorzy orzekli, iż jedynym ratunkiem może być tylko operacja, zdaniem ich i tak już w dużej mierze spóźniona. Miałem wtedy 59 lat. Pamiętam ów dzień w Wielkim Poście 1937 r., gdy po odprawieniu nabożeństwa przed udaniem się do Warszawy uklękłem wzruszony przed obrazem Matki Boskiej i z ufnością wielką poleciłem się Jej opiece, czyniąc w duszy postanowienie, że po powrocie do swej parafii będę gorliwszy w szerzeniu Jej kultu. W kościele słychać było szlochanie i westchnienia parafianek, przejętych myślą, że ich proboszcz „idzie pod nóż”. Z pewnością westchnienia ich były zbożnym poparciem mej prośby do Marii, aby mi zdrowie wróciła.
Znalazłem się w szpitalu Czerwonego Krzyża w Warszawie. Tam zadecydowano, że operacja odbędzie się dopiero wtedy, gdy temperatura ciała się unormuje i że operowany będę bez usypiania ze względu na słabe serce. Podczas mego pobytu w szpitalu, w tym domu bólu i trwogi, byłem tam najweselszym człowiekiem, więc chętnie obsługiwano i odwiedzano mnie. Ułożony na stole operacyjnym i skrępowany, poleciłem się w cichości serca Marii, a po tym nie bez pewnego wysiłku woli prowadziłem podczas operacji rozmowę towarzyską przeplataną dykteryjkami, co ogromnie zaimponowało doktorom i siostrom szpitalnym. Tę pogodę ducha uważam za szczególny dar Boży uproszony przez Maryję.
Po operacji temperatura się podniosła. Zanosiło się na zapalenie płuc i na skrzep w nodze. Wszystko to minęło szczęśliwie. Pozostało tylko miłe wspomnienie o pobycie w szpitalu. A po wyjściu stamtąd przyjazne osoby otaczały mnie taką serdeczną pieczołowitością w czasie rekonwalescencji, iż nie wiem doprawdy, czy będę mógł im się wywdzięczyć. Lecz najbardziej mi przykro, że po odzyskaniu zdrowia mało się myślało o spłaceniu długu wdzięczności jaki zaciągnąłem wobec Matuchny Najświętszej. A tymczasem rozpętała się straszliwa zawierucha wojenna. Tyle było chwil pełnych trwogi, gdy życiu groziło niebezpieczeństwo. Podczas okupacji sowieckiej odbyły się napady zbrojne na probostwo, nie w celu rabunkowym, lecz morderczym, jednak cudem jakimś ocalałem
Gdy w roku 1941 22 VI Niemcy wszczęli działania wojenne przeciwko Sowitom, w Ostrożanach miała miejsce ostra strzelanina. Stróż kościelny który w tragicznej dla niego chwili był razem ze mną pod jednym dachem padł przestrzelony a koło samej mej głowy przeleciała kula, przeszywając ścianę i posypując mnie gruzem. Tegoż dnia ustępująca armia sowiecka podpaliła stodołę plebanialną, gdzie urządzony był magazyn wojskowy, oblawszy poprzednio benzyną. Płomienie porywane wiatrem unosiły się w kierunku pobliskiego gontem krytego kościoła drewnianego. Płot w odległości jakichś 20 kroków od niego się zapalił, lecz świątynia ocalała. Matuchna Boska osłoniła płaszczem swej opieki dom Syna Swego, jak również nie dopuściła abym zginął ja, niegodny Jego sługa, w tym miejscu szczególnie przez Nią umiłowanym. Nie będę opisywał wszystkich dowodów łaskawości
Marii względem mnie, bo miałem ich tak wiele, nie wolno mi jednak pominąć milczeniem, że doznałem szczególnej Jej pieczy podczas dwuletniego pobytu (1920-1922) w okrutnym więzieniu, z którego wyszedłem niezłamany fizycznie i moralnie, wprost jakimś cudem, niezrozumiałym dla mnie i dzisiaj.
Na zakończenie wspomnę, że wychowałem się w środowisku, gdzie nie umiano i nie chciano czcić Matki Boga. Ona sama wie lepiej, jak to się stało, że Ją poznałem i że zostałem kapłanem, który choć na schyłku swego życia pragnie cześć Jej szerzyć jak najgorliwiej i nawoływać ludzi przy każdej sposobności do wielbienia Tej, bez pośrednictwa której nikt do Syna Jej zbliżyć się nie może i żadnej łaski nie otrzyma
Niegodny sługa Marii
Ks. Jan Auder
Ostrożany 16 XI 1947

